Menu

  • Wydarzenia
  • Sport
  • Biznes
  • Kultura
  • Zdrowie
  • Beskidy 112
  • Felietony
  • Przyroda
12.07.2025 14:33
Autor: RED.
Kategoria: Wydarzenia

Weterynarz z Żywca: "Przynajmniej trzy razy otarłem się o śmierć"

Ugryzienia, kopnięcia, przygniecenia, do tego świerzb, grzybice i inne choroby zakaźne, w tym najgroźniejsza: wścieklizna... Wymieniać można jeszcze długo. Nic dziwnego, że pracę lekarza weterynarii okrzyknięto najniebezpieczniejszym zawodem w Ameryce (w 2023 r.). Analizy częstości wypadów przy pracy pokazały bowiem, że weterynarze odnoszą ich najwięcej. "W pełni zdajemy sobie sprawę, że codziennie balansujemy na skraju przepaści" — przyznała znana lekarka weterynarii dr. Jenifer Chatfield. Rację przyznaje jej weterynarz Paweł Kania, którego zapytaliśmy, na jakie ryzyko naraża się w swojej pracy. "Przynajmniej trzy razy otarłem się o śmierć" — mówi wprost Medonetowi i dodaje: — Tych "przygód" nie zapomnę do końca życia.

Monika Mikołajska, Medonet.pl: Praca lekarza weterynarii najniebezpieczniejszym zawodem w Ameryce — krzyczały amerykańskie media w 2023 r. A znana amerykańska lekarka weterynarii dr. Jenifer Chatfield mówiła wprost: "W pełni zdajemy sobie sprawę z tego, że codziennie balansujemy na skraju przepaści". Rzeczywiście to tak wygląda? W zawodzie jest pan już kawał czasu, bo ponad 25 lat.

Lek. wet. Paweł Kania: Pod względem zagrożenia życia, faktycznie można powiedzieć, że my, lekarze weterynarii "balansujemy na skraju przepaści". Wypadki się zdarzają i będą się zdarzać. Oczywiście nie jest tak, że wstaję rano i zastanawiam się: który pies mnie dzisiaj ugryzie albo czym zarażę się dziś od mojego pacjenta. W ogóle o tym nie myślę. Prawda jest jednak taka, że rzeczywiście przynajmniej trzy razy otarłem się o śmierć. Tych "przygód" nie zapomnę do końca życia.

Pierwszy wypadek miałem ponad 20 lat temu — byłem wtedy młodym lekarzem i jeszcze pracowałem z dużymi zwierzętami — byki, konie... Pamiętam, że to był dzień Wszystkich Świętych, inni lekarze wyjechali, więc obsługiwałem teren również innych lecznic. I dostałem wezwanie. Chodziło o krowę — była przed porodem i przestała jeść. Zrobiłem jej więc standardowe badanie: zmierzyłem temperaturę, było oglądanie, badanie rektalne (czy cielę żyje), wlewka do pyska, kroplówka dożylna. Potem gospodarze zaprosili mnie jeszcze na kawę i sernik (zrobiony w mleka tej krowy). I tyle mnie widzieli. W poniedziałek lekarz, który obsługiwał ten teren, zajął się krową. Koniec końców zwierzę niestety nie przeżyło (trzeba było przeprowadzić ubój z konieczności). Lekarze z tamtej lecznicy zastanawiali się, co mogło się stać. W końcu padło pytanie: może ona był wściekła? Zrobiono badania w tym kierunku i rzeczywiście, to była wścieklizna!

Jedna z najgroźniejszych chorób znanych człowiekowi — nie ma na nią leku, a prawie 100 proc. zakażonych umiera...

Tak! Zaskoczenie totalne. Ta krowa zachowywała się normalnie, żadnych neurologicznych objawów nie było, żadnej osławionej "piany z pyska" — wykazywała tylko symptomy niestrawności. Ludziom wydaje się, że wścieklizna ma charakterystyczne objawy — nie ma.

Jedyne, co mogłem zrobić, to jak najszybciej pojechać do lekarza. Pamiętam, że zapytał mnie: jaki miał pan kontakt z tą krową? Mówię: panie doktorze, full kontakt. Oczywiście od razu zaczęły się szczepienia, objęły one też całą rodzinę gospodarza i inne osoby, które miały kontakt z chorą krową — łącznie ok. 17 osób. Wszystko skończyło się dobrze, nie mam jednak złudzeń, że życie uratowali mi bardziej doświadczeni koledzy, którzy wpadli na to, że u tej krowy możemy mieć do czynienia z wścieklizną. Skąd się wzięła? Nikt na pewno nie wie, prawdopodobnie krowa została pogryziona na pastwisku przez dzikie zwierzę. Cała ta historia pokazała mi, że oprócz wiedzy, trzeba mieć też i szczęście.

Szczęście towarzyszyło panu doktorowi i za drugim krytycznym razem — proszę opowiedzieć.

To również zdarzyło się całe lata temu. Trzeba było wykastrować młodego ogiera (co najmniej 300 kg żywej wagi). Próbując go poskromić, stanąłem naprzeciwko niego i w tym momencie poczułem, jak lecę w powietrzu (potem opowiadali mi, że "frunąłem" tak ze 4 metry). Koń po prostu zaczął stawać dęba (stawać na tylnych nogach) i robiąc to, podbił mi głowę, którą miałem tuż przy jego pysku. I poleciałem. Ale to był tylko początek, bo ja dosłownie wpadłem między jego przednie nogi i tylko poczułem, jak otarły się o moje uda. Kilka centymetrów w prawo albo w lewo i byłoby po mnie — po prostu by mnie stratował. A więc znów szczęście. Winien byłem oczywiście ja, przez brak doświadczenia i obycia z tymi zwierzętami, naraziłem własne życie.

To były sekundy...

Tak, w pracy ze zwierzętami, zwłaszcza dużymi (a niektóre ważą tyle, co samochód), o naszym losie decydują sekundy. Nieraz jechałem do gospodarstwa pobierać krew od stada bydła. I nieraz w tych mniej profesjonalnych gospodarstwach, gdzie warunki były gorsze i nie było wystarczających zabezpieczeń (np. poskromu), tylko kątem oka widziałem, jak róg byka czy krowy omija moją głowę dosłownie o centymetry. Oczywiście znowu szczęście. W tym fachu trzeba mieć oczy dookoła głowy, trzeba pilnie obserwować, jak zwierzęta reagują, przewidywać, co mogą zrobić. Inaczej może się źle skończyć. Oczywiście wypadki to też kwestia pośpiechu, warunków, w jakich się pracuje, braku zabezpieczenia właśnie. Jeśli wszystko jest zgodnie z przepisami, nie wydaje mi się, żeby było tak źle.

Obecnie zajmuję się właściwie tylko małymi zwierzętami — psami, kotami itp. (rynek się zmienił, medycyna bardzo się wyspecjalizowała, również ta weterynaryjna). I oczywiście zdarzy się np., że ugryzie mnie pies, ale tak naprawdę jest to tylko i wyłącznie moja wina, bo nie przewidziałem czy nie zabezpieczyłem się przed możliwym wypadkiem. Tymczasem zwierzę reaguje w ten sposób z lęku, bo boi się weterynarza, zastrzyku, nowego miejsca itp. Uważam jednak, że za każdym razem ono daje nam znać o swoich zamiarach. Problem w tym, że ludzie często tego nie dostrzegają.

Więcej przeczytasz na medonet.pl

 

źródło: medonet.pl

Copyright ©2026 Beskidy News


pełna wersja